sobota, 3 września 2011

Ci wspaniali sędziowie i ich epokowe opinie

Albo może to sędziowie są epokowi, a opinie wspaniałe - nie mam wciąż jasności.

W maju pisałem, że mamy kolejny przypadek, gdy o prawa osób homoseksualnych dbają sądy, a nie parlamenty. Brazylijski Sąd Najwyższy jednogłośnie orzekł bowiem w pierwszej połowie tego roku, że homoseksualne związki muszą posiadać te same prawa, co heteroseksualne małżeństwa. Dzisiaj natomiast, zmotywowany niechęcią do uczenia się przed egzaminami, przeczytałem sobie w ramach rozrywki uwagi polskiego Sądu Najwyższego do poselskiego projektu ustawy o umowie związku partnerskiego (TUTAJ). Sprawa wprawdzie nienowa, bo opinia jest z początku sierpnia - ale jakoś do tej pory nie natknąłem się nigdzie na jej omówienie. Może źle szukałem.
A opinia jest zwyczajnie głupia (ponieważ to jednak Sąd Najwyższy, wymaga rewerencji, zachowania jakiejś kultury osobistej, powiem może: niemądra).

Nie wiem, kto konkretnie był odpowiedzialny za jej przygotowanie - nazwiska nie podano, wiadomo, że przyznaje się do niej Biuro Studiów i Analiz SN. Działa ono pod przewodnictwem pana dr. hab. Krzysztofa Ślebzaka, którego znam zupełnie z niczego (prawdopodobnie dlatego, że ów jegomość jest ekspertem w dziedzinie prawa pracy, od którego ja z kolei trzymam się z daleka).

W każdym razie, nie chcąc przedłużać, bo notka i tak nie będzie należała do najkrótszych - zacznę od wniosków, jakie wyciągnęło Szacowne Biuro SN (w skrótach, s. 28-29):
  • Projekt ustawy nie powinien być przedmiotem dalszych prac parlamentu z uwagi na liczne i występujące w różnych płaszczyznach niedoskonałości prawne.
  • Instytucjonalizacja homoseksualnego konkubinatu jest niedopuszczalna w związku z brzmieniem art. 18 Konstytucji.
  • Ocena dopuszczalności i zakresu ewentualnej regulacji ustawowej odnośnie do osób tej samej płci, pozostających w trwałych związkach, wymaga analizy uwzględniającej zobowiązania prawnomiędzynarodowe, z uwzględnieniem orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.



Co do pierwszego punktu - nie wgryzałem się w te zastrzeżenia, ale wydają się rozsądne. Projekt został przygotowany na kolanie, bez dostatecznego uwzględnienia zasad prawidłowej legislacji. Ludzkim językiem: był technicznym bublem. Zgoda.

Co do drugiego wniosku natomiast... Przepis konstytucyjny, na który powołuje się Szacowne Biuro, brzmi tak:
Art. 18.
Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej.
SN w swojej opinii powołuje się na to, czego w tym przepisie akurat nie ma. Co więcej, przewidując, że wykładnia art. 18 "zapewne będzie skłaniać do wypowiadania różnych (być może skrajnych) opinii, związanych ze światopoglądem interpretatorów" (s. 6) - Szacowne Biuro pozwoliło sobie wyekstrahować uwagi, które uznało za "oczywiste", choć w większości nic w nich oczywistego, jako że opierają się na błędnej interpretacji tej nieszczęsnej Osiemnastki.

Zrezygnuję już w miarę możliwości z dłuższych cytatów - kto chce sobie zajrzy. W skrócie, Szacowne Biuro uważa, że:
  1. co do związków heteroseksualnych - nadawanie im praw podobnych do praw przysługujących małżeństwu jest niecelowe, jako że osoby te mogą zawrzeć związek małżeński, jeśli tylko zechcą, a same konkubinaty już korzystają z dostatecznie szerokiej ochrony prawnej ("może nawet nadmiernej", pisze Biuro, s. 28);
  2. co do związków homoseksualnych - na tych oczywiście się skupiłem - Szacowne Biuro zwraca uwagę, że "preferowane konstytucyjnie jest tworzenie rodziny przez małżeństwo" (s. 7), a art. 18 uzasadnia "szczególne unormowania o charakterze protekcyjnym i promocyjnym" (s. 8). Nie mogą zostać uznane za zgodne z Konstytucją takie rozwiązania legislacyjne, które "przekreślałyby istniejący system ochrony i opieki wartości rodzinnych" (s. 7).
Biuro ma słuszność - dokładnie to wynika z art. 18, który ma charakter protekcyjny i gwarancyjny. Pytanie do wielkich prawniczych mózgów z Szacownego Biura SN brzmi: "W jaki sposób związki homoseksualne stanowią zagrożenie dla małżeństwa?". Argument z zagrożenia można od biedy zastosować do związków heteroseksualnych (skoro osoby te mogą i tak zawrzeć małżeństwo). Ale homoseksualnych?
Aby bowiem przytaknąć Szacownemu Biuru i stwierdzić, że - owszem, wprowadzenie możliwości zawarcia jednopłciowego związku partnerskiego narusza art. 18 Konstytucji - trzeba by uznać, że taka instytucjonalizacja związków byłaby zagrożeniem dla małżeństwa, naruszając ochronę, jaką Konstytucja nad małżeństwem roztacza.

Gdzie czyha to zagrożenie?
Tego Szacowne Biuro Sądu Najwyższego - naturalnie - nie wyjaśnia, bo też się pewnie nad tym nie zastanawiało.

Wielmożne Biuro natomiast rozpisuje się natomiast nieco dalej, że "instytucjonalizacja konkubinatu kobiety i mężczyzny oraz związku partnerów tej samej płci może być postrzegana jak naruszenie zasady równości" - zapewne dokładnie odwrotnie niż sądzi reszta świata. Jak to możliwe? Po prostu nie ma "względów prawnych", i już.
I nawet nie chce mi się nad tym już znęcać.

Zasygnalizuję tylko kilka jeszcze innych uwag Szacownego Biura, które sprawiają, że przekazana Sejmowi opinia (przynajmniej w zakresie, w jakim dotyczy zgodności z art. 18 Konstytucji) - jest kpiną:
  1. Szacowne Biuro odwołuje się do tzw. "wykładni historycznej", którą należy wykorzystywać z najwyższą ostrożnością i już naprawdę w braku wszelkich innych możliwości. W przypisie 13 powołuje się bowiem na wypowiedzi uczestników Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego, z których wynika, że brzmienie art. 18 "miało uniemożliwić instytucjonalizację związków tej samej płci" oraz literaturę potwierdzającą intencje, które "wychodziły naprzeciw postulatom Episkopatu". Brzmienie przepisu art. 18, co powtórzę, nie wyklucza jednak instytucjonalizacji związków jednopłciowych - odtwarzane "intencje" członków Komisji Konstytucyjnej mają tu do rzeczy dokładnie tyle, ile moje intencje, gdy czytam opinię SN.
  2. Szacowne Biuro umyślnie i jednostronnie deprecjonuje wartość tzw. "Zasad Yogyakarty" (tutaj dostępne po polsku)', gdy w przypisie 19 wspomina, że wprawdzie większość opinii na ich temat ma charakter aprobujący, ale i tak cytuje wyłącznie jedyną krytyczną, autorstwa prof. L. Wiśniewskiego, która w istocie zmierza do zakwestionowania właściwie całego dorobku tych sądów międzynarodowych, które wykazują się daleko idącym aktywizmem - w tym Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Sądząc ze sposobu, w jaki Szacowne Biuro się z profesorem Wiśniewskim w tym kontekście obchodzi: opinie te Biuro podziela.
Na koniec wzruszająca uwaga adresowana pod kierunkiem żyjącego w błogiej niewiedzy Sejmu:

"Ustawodawca nie ma obowiązku bezkrytycznego dostosowywania unormowań do oczekiwań określonych grup obywateli".

I jak można takie Biuro brać poważnie? 

3 komentarze:

  1. Przeczytałem, ale mimo wszystko zdaje mi się, że opinia ws. projektu ustawy o umowie związku partnerskiego - jest po prostu kpiną i gniotem, którego Sąd Najwyższy nie powinien był nigdy wyprodukować w trosce o swoje dobre imię.
    Uwagi do projektu o świadomym rodzicielstwie też nie wydają mi się głęboko przemyślane, ale są już mądrzejsze - przynajmniej w większości w miarę rozumnie uzasadniane. A czy ja się z nimi zgadzam światopoglądowo, czy nie, to już oczywiście insza inszość.

    OdpowiedzUsuń
  2. tez zachodze w glowe jak wyczytano z konstytucji cos czego tam nie ma. sady w roenych krajach jzu wypowiadaly sie w tej kwestii i zawsze wynik rozwazan sadow byl taki, ze ochrona jednej grupy zwiazkow nie sprawia ze prawodawca nie moze przyznac takiej same ochrony innym. ta opinia jest absurdalna.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli Pan/Pani wyraża chęć dokonania komentarza: